Translate

czwartek, 2 czerwca 2016

Szukasz pracy i wysyłasz CV? Zapewne nikt go nie przeczyta

http://samosiezrobi.blogspot.com/2016/06/szukasz-pracy-i-wysyasz-cv-zapewne-nikt.html
Jeśli szukasz pracy, to siłą rzeczy przeglądasz ogłoszenia na portalach z ofertami pracy, przeszukujesz Google’a pod kątem posiadanych kwalifikacji, konkretnych stanowisk czy profili firm. I znajdujesz dziesiątki interesujących ogłoszeń, dziesiątki stanowisk adekwatnych do Twoich umiejętności i oczekiwań. Czytasz, sprawdzasz, zapoznajesz się z firmą i jej otoczeniem, wreszcie tworzysz odpowiednie CV i list motywacyjny. Wysyłasz, oczekując z niecierpliwością na odpowiedź. I co?

Świetna wiadomość, pracodawca otworzył Twoje CV!


I nic. Możesz dopisać sobie w kolejnym CV godziny spędzane dziennie na pisaniu CV i listów motywacyjnych, których nikt nawet nie przeczyta. A tym samym nikt nie podziękuje Ci za Twój czas i nikt nie doceni Twoich starań. Znacie to? Na pewno, to takie… Polskie. 


Jeśli korzystacie z przycisku „Aplikuj” na portalach oferujących pracę, to zapewne zauważyliście, że otwarcie CV po stronie potencjalnego pracodawcy generuje maila w stylu „Świetna wiadomość, pracodawca był tak łaskaw, że otworzył Twoje CV. Może nawet je przejrzał”. Sarkazm? Poniekąd. A bierze się stąd, że taki komunikat przychodzi jedynie przy okazji niektórych firm i niezbyt często!


Poniższy artykuł by nie powstał, gdyby nie moja rozmowa o pracę w jednym z bardziej słonecznych stanów USA. A ponieważ ów stan planuje niedługo rozpaść się z hukiem na kilka części, więc nie zamierzam tam emigrować. Na szczęście jest XXI wiek i można pracować online. Napisałem więc moją nieformalną angielszczyzną maila do owej firmy bez jakichkolwiek nadziei, że uda się dogadać. I byłbym o sprawie zapomniał, gdybym tego samego dnia, późnym wieczorem naszego czasu, nie otrzymał odpowiedzi. 

Dogadać się nie udało z powodu różnicy czasowej, a do tego firma co jakiś czas obligatoryjnie gości wszystkich współpracowników w swojej siedzibie, co ze względu na logistykę (bilet lotniczy drogi, a kajakiem płynie się dwa miesiące w jedną stronę) okazało się dla mnie nierealne. Mniej więcej tego się spodziewałem. Ale to nie koniec.

Pracy w bród, chętnych nie ma. A ponoć bezrobocie


Znacie zwrot „Skontaktujemy się jedynie z wybranymi kandydatami”? Zapewne tak. Jest on równie oklepany, co inne standardowe zwroty z ofert pracy: „praca w młodym, dynamicznym zespole”, wymaganie „kreatywności” bez względu na stanowisko, „umiejętności organizacji pracy” oraz, warunek praktycznie bezwzględnie konieczny: „umiejętność pracy pod presją czasu”. To ostatnie szczególnie „dobrze” świadczy o kadrze zarządzającej firmy oferującej dane stanowisko, ale to tak na marginesie.


Wracając do słonecznej Kalifornii. W mailu, który otrzymałem, podziękowali mi za odpowiedź na ich ogłoszenie, podziękowali mi za poświęcony czas, napisali, że lubią Polskę i Polaków (co oznacza, że faktycznie przeczytali moją aplikację) oraz dodali, abym w razie przeprowadzki do USA koniecznie się do nich odezwał. To miłe. Przeprowadzać się nie zamierzam, pomimo tego, że wróżka nie wywróżyła mi opuszczenia tego łez padołu przy okazji trzęsienia ziemi (ale to była polska wróżka, więc ze względu na statystykę, tej opcji zapewne nie brała pod uwagę). 

Z ciekawości dopytałem, czy w USA odpowiada się na każdą nadesłaną aplikację. Moja mailowa interlokutorka była szczerze zdziwiona, jak można nie odpowiedzieć na wysłane CV. Przesłanie odpowiedzi, podziękowanie za nadesłanie CV świadczy przecież o wizerunku firmy! Ma rację? Oczywiście! Jak na tym tle wypada Polska i nasi pracodawcy?

„Skontaktujemy się jedynie z wybranymi kandydatami” to jedynie wierzchołek góry lodowej. A że ciekawość to pierwszy stopień do piekła… Ruszyłem śmiało kolejnymi schodkami naszego „rynku ofert pracy”. W wolnej chwili dokładniej przejrzałem ogłoszenia o pracę w kilku firmach reklamowych (z takimi współpracuję freelance’owo) szumnie podpisujących się emblematami typu „nowoczesna”, „innowacyjna”, „profesjonalna”. I w kilku przypadkach trafiłem na ogłoszenia, które wielokrotnie przekroczyły swój wiek emerytalny (doczekały się nawet kopii na Web.Archive.org sprzed kilku miesięcy). Jak to możliwe? Ogłoszenie wisi pół roku i firma nikogo nie znalazła na dane stanowisko (bynajmniej niewymagające specjalistycznej wiedzy, związanej z poszukiwaniem inteligentnych form życia w Sejmie. To znaczy na Marsie). Przedziwna sytuacja. 

Elżbieta Bieńkowska i praca za 6000 zł


Odpowiedź jest banalnie prosta i przy okazji tłumaczy, dlaczego Twoje podanie o pracę nie jest nawet otwierane. Otóż firma, która dynamicznie się rozwija, musi szukać nowych pracowników. I vice versa – jeśli firma szuka nowych pracowników, to znaczy, że rozwija się dynamicznie. A stąd już tylko krok do budowania wizerunku dynamicznej, rozwijającej się firmy, w oparciu o poszukiwanie pracowników. Których, tak naprawdę, nikt nie szuka.


Właściwie nikogo nie interesuje, że tracisz godziny na pisanie CV i listów motywacyjnych, dostosowanych do konkretnych firm i stanowisk. Nie jesteś grupą docelową, do której de facto ogłoszenia o pracę są kierowane. W najlepszym razie stanowisz przypadkową ofiarę.

Do czego zmierzam? Do międzynarodowego porównania kultury pracy i szacunku dla innych. Możemy narzekać na Amerykanów, na ich kiepską wiedzę ogólną i przedziwną wiarę, że każdy jest „The best of the best of the best!” (Men in Black? Chyba tak). Ale prawda jest taka, że Amerykanie traktują się z szacunkiem i nie rzucają sobie kłód pod nogi przy byle okazji. Co więcej, jeśli jest taka potrzeba, nawet szef pomoże Ci w pracy zamiast „jechać po premii”. 

Nie narzekam. Mamy taką kulturę pracy, jaką stworzyliśmy, co świetnie obrazuje postać Elżbiety Bieńkowskiej (abstrahuję od naszej sceny politycznej, coraz dobitniej domagającej się zdecydowanej interwencji psychiatry) i jej słynnych słów o pensji w wysokości sześciu tysięcy złotych. Nie liczy się człowiek i jego praca. Tak naprawdę wartość człowieka określa wypłata i stanowisko. Co rodzi pytanie, czy szacunek można mieć jedynie do tych, których nie można zdeptać, gdyż stoją wyżej w hierarchii dziobania?  

Co z tego wynika? Bardzo wiele. Firma to grupa ludzi, którzy razem są w stanie stworzyć więcej, niż może stworzyć każdy z osobna (za przykład niech posłuży historia odkrycia DNA). Naszego, polskiego rozwoju nie hamuje jedynie chore prawo, ale przede wszystkim brak szacunku dla innych. Co ostatecznie prowadzi do spadku innowacyjności i efektywności oraz do wzrostu poziomu kontroli połączonego z wprowadzaniem coraz mniej elastycznych procedur i pozostawianiem coraz mniejszej przestrzeni decyzyjnej pracownikom niższego szczebla. 

To nie jest droga prowadząca firmy do innowacyjności i do rozwoju. Jeśli już, to do wewnętrznej, zimnej wojny i, w najlepszym razie, do stagnacji. Co de facto, w dzisiejszych czasach, oznacza regres. 

Mylę się, o Kadro Zarządzająca?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz